Wielka wyprawa z Peugeot 5008 do Turcji - odcinek 4

13 czerwca, z Ankary na wschód

 

Noc spędziliśmy w Ankarze, odpoczywając po przejechaniu blisko 1300 kilometrów. Po solidnym śniadaniu wsiadamy do samochodów bo naszym dzisiejszym celem jest Turcja wschodnia. Autostradami, drogami lokalnymi a nawet polnymi, jeździmy wśród przepięknego górzystego krajobrazu. Dzisiaj w końcu zwiedzamy. Plan do przejechania - ponad 900 kilometrów.

 

Nasza niedzielna przygoda z Turcją zaczyna się w hotelu. Sympatyczna obsługa dwoi się, byśmy jak najlepiej zapamiętali to miejsce. Po pysznym śniadaniu nasze bagaże zostają zabrane do garażu, gdzie czekają nasze Peugeoty. Spędziły noc w podziemiach, oczekując na wyruszenie w dalszą trasę. Człowiek z hotelu próbuje nawet wyjechać autem na zewnątrz, ale poddaje się, nie rozumiejąc informacji o automatycznym hamulcu. Ankarę postanawiamy zwiedzić samochodowo. Miasto jest dużo mniejsze od aglomeracji w Stambule, jest też znacznie brzydsze. Uciekamy więc drogą E88 w stronę Kirikkale. Po drodze, nauczeni doświadczeniem, znowu szukamy stacji BP na której będą akceptować nasze Routexy. Pierwszy strzał, jeszcze w Ankarze i... pudło. Mimo, że po nerwowym telefonie obsługi w ciągu paru minut przyjeżdża kierownik, Routex okazuje się bezużyteczny. Wielka naklejka z napisem R jakby szyderczo uśmiecha się z drzwi stacji. No nic, szukamy dalej. Na kolejnej stacji jest już znacznie lepiej. Nasza instrukcja, którą mamy od wczoraj, okazuje się bardzo pomocna, i już po 30 minut nasze 5008 są zatankowane pod korek. Możemy jechać dalej.

 

Droga E88 na wschód ma dwa pasy w każdy stronę. Wiedzie przez mniejsze i większe miejscowości, ruch umiarkowany. Może to kwestia niedzieli a może po prostu wysoka cena paliwa powoduje, że na drogach jest tak pusto. Od czasu do czasu spotykamy policję, która jednak nie zwraca na nas najmniejszej uwagi. Droga jest bardzo malownicza, wije się wśród wzgórz, porośniętych niewielkimi krzakami i drzewkami. Jesteśmy na wysokości około tysiąca metrów nad poziomem morza, upał nie dokucza tutaj tak jak jeszcze wczoraj w Stambule. Temperatura powietrza wynosi 27 stopni. Po niecałych dwóch godzinach jazdy docieramy do Bogazkale. Miejsce to było kilka tysięcy lat temu stolicą wielkiego imperium Hetytów. Do dzisiaj pozostało tutaj niewiele śladów obecności wielkiego niegdyś ludu. Ruiny zajmują kilka kilometrów kwadratowych, które zwiedza się - co ciekawe - samochodem. Nasze Peugeoty wspinają się po krętych górzystych ścieżkach a my realizujemy sesję zdjęciową. Oglądamy wały obronne, dawne bramy, tunel u podnóża murów i cytadelę. Są również dobrze zachowane ruiny wielkiej świątyni. Warto tu przyjechać, ale nawet zwiedzanie samochodem zajmuje mnóstwo czasu. Potem jedziemy do Świątyni Tysiąca Bogów. Tyle postaci bogów wykuto w skałach. Miejsce warte jest odwiedzenia o poranku, kiedy światło najlepiej uwypukla rzeźby.

 

Trzecim zabytkiem w tym rejonie, które warto zobaczyć jest Brama Sfinksów. Odległa jest o 20 minut jazdy od poprzedniego miejsca. To kompleks świątynny, zbudowany ponad 3 tysiące lat temu. Chodzimy po tym miejscu i podziwiamy kunszt starożytnych artystów oraz budowniczych. Na skarpie, za świątynią, rośnie zboże oraz najróżniejsze kwiaty - rażące w oczy niesamowitymi, bardzo intensywnymi kolorami. Trzeba jednak uważać, chodząc po tych roślinach, bo wśród przyjaźnie wyglądającej zieleni kryją się kłujące osty. Doświadczamy tego w Turcji wielokrotnie, lepiej na boso nie schodzić z utartych ścieżek.

 

Zostawmy na chwilę naszą podróż - nasi czytelnicy pytali nas w komentarzach o kwestie internetu w Turcji. Jak sobie radzimy z transmisją zdjęć i materiałów na naszą stronę? Szukamy oczywiście sieci WLAN. Do tej pory udawało nam się zawsze trafić na hotel z siecią bezprzewodową, ale cierpliwe osoby powinny bez problemu znaleźć wi-fi w większości miejscowości. Może trudniej jest znaleźć sieć otwartą, ale na przykład takie sieci są na wszystkich punktach Burger King, które odwiedziliśmy. W sporadycznych przypadkach korzystamy z pakietów roamingowych Plusa, poprzez modem komórkowy, należy jednak wyraźnie podkreślić, że przynajmniej na razie jest to opcja dla osób zamożnych, lub po prostu muszących skorzystać z internetu od razu w dowolnym miejscu. W niektórych miastach, szczególnie nad Morzem Czarnym, w Ankarze i Stambule sieci znajdowaliśmy setki. W wyszukiwaniu otwartych WLANów pomagał nam program Wi-Fi Scanner w telefonie komórkowym. Dostęp do internetu mamy również na pokładzie jednego z naszych samochodów. Moduł WiFi on Board by Peugeot to propozycja dla wszystkich osób, które chcą, by wszyscy w samochodzie i jego pobliżu mieli internet. Dostęp do internetu odbywa się również za pośrednictwem sieci komórkowej, dlatego z tej metody za granicą nie korzystamy.

 

Po wizycie u sfinksów napotykamy na pierwszy od naszego wyjazdu deszcz. Silne podmuchy wiatru, który towarzyszy zbliżającej się burzy, nie mają większego wpływu na zachowanie się samochodu. Krople deszczu intensywnie opłukują Peugeota a my słuchamy tureckich rozgłośni radiowych i ten szum z zewnątrz nam po prostu nie przeszkadza. Ostatnie krople wody kończą się w miejscowości Corum. Tam zatrzymujemy się na posiłek - pierwszy w Turcji kebab. Zamawiamy też sałatki i wkróce delektujemy się pysznym daniem. Na koniec zamawiamy jeszcze kawę po turecku, którą obsługa przynosi mam z innego lokalu. Potem znowu w drogę. Tym razem naszym celem jest Morze Czarne. A tymczasem znowu pada deszcz, a temperatura na zewnątrz to blisko 30 stopni. Droga mija wzgórza, jeziora, malownicze przełęcze - raj dla oczu, krajobraz jest zmienny i nieustannie zachwyca. W końcu, krętą, górską i mocno pofałdowaną drogą - którą zawieszenie Peugeot 5008  znosi znakomicie - docieramy do wybrzeża Morza Czarnego, do miejscowości Samsun. To ruchliwy port handlowy i miasto przemysłowe. Na każdym kroku widać rozwijający się biznes. Setki firm przy autostradzie, bardzo duży ruch samochodów. Widać, że to miejsce żyje i jest w ciągłym ruchu. Teraz wjeżdżamy już na trzypasmową autostradę i kierujemy się na wschód. Ruch jest tutaj dużo większy niż w środkowej Turcji, ale mimo to udaje nam się szybko i sprawnie jechać. Rozglądamy się z dużą ciekawością, bo ta część Turcji ma jednak inny charakter, niż to co widzieliśmy do tej pory. Jest bardziej jak w Polsce, dużo zieleni, nawet miejscami podobna architektura. Tylko wieżyczki minaretów, z rzadka rozlokowane wzdłuż drogi, oraz trzypasmowa autostrada, świadczą o tym, że jesteśmy w innym kraju. Słońce zniknęło gdzieś za chmurami, chociaż podobno to typowe dla tego regionu - zmienność pogody, gwałtowne burze, to efekt obecności morza i bliskości gór.

 

Nasze Peugeoty sprawują się świetnie - w końcu to już trzeci dzień, kiedy w praktyce jesteśmy większą część dnia w aucie - zapewniają bardzo komfortową podróż. Zawieszenie sprawdziliśmy dokładnie na górskich dziurawych drogach, wyciszenie podczas burzy i ulewy, a o komforcie wnętrza niech świadczy fakt, że po przejechaniu 3,5 tysiąca kilometrów - czyli średnio ponad tysiąc dziennie - nadal chcemy jechać dalej. Trochę to efekt kuszenia przez turecką mało znaną w Polsce egzotykę wschodu, trochę dzięki samochodowi, który po prostu sprawdza się w podróży. Szczególnie tak długiej. Żałujemy tylko, że nie mamy mapy Turcji w nawigacji wbudowanej w auto, bo to by nam ułatwiło poruszanie się po bocznych drogach. Korzystamy z wydrukowanych map i pomocniczej nawigacji, którą mamy w telefonach. Średnie spalanie z całej trasy wynosi w samochodzie z silnikiem 1.6 110 KM HDi 7,9 litra na 100 kilometrów. Peugeot 5008 2.0 HDi o mocy 150 KM spala nieco mniej, 7.3 litra na 100 kilometrów. To zasługa większego silnika, który pozwala jeździć z mniejszymi obrotami.

 

Wschodnia Turcja jest rzadko odwiedzana przez naszych rodaków z kilku powodów - tutejsze kurorty nie oferują nic ciekawego dla plażowiczów, którzy wolą wybierać komercyjną Alanyę. Po drugie im dalej na wschód, tym infrastruktura transportowa jest gorsza, dopiero własny samochód daje wolność wyboru i poruszania się po tym ogromnym kraju. Szkoda, bo znajdą tutaj wiele ciekawych miejsc amatorzy aktywnego wypoczynku i pięknych krajobrazów, gór i morza. Co ciekawe, sami Turcy z głównych ośrodków kraju również nie przepadają za wschodem Turcji. A teraz już zapada zmrok, tradycyjnie mamy kłopoty z tankowaniem kartą Routex. Pozdrawiamy pracowników koncernu BP, życząc im lepszego zorientowania w kwestiach płatności. Mieliśmy również przygodę na plaży, gdzie zjechaliśmy na krótką sesję zdjęciową - w końcu trzeba pokazać Wam, że naprawdę jesteśmy nad morzem. Jeden z samochodów utknął w kopnym piasku. W 6 osób nie byliśmy w stanie go wypchnąć, ale za to otrzymaliśmy fachowe wsparcie od nadmorskiej jednostki wojskowej. Najpierw przyszło trzech żołnierzy, którzy obejrzeli zakopane auto, a po chwili wezwali posiłki, w tym mistrza kulturystyki. I tak wspólnymi siłami Peugeoty wyjechały a wojsko miało chwilę przerwy w nudnej służbie na plaży.

 

Około 200 kilometrów przed naszym miejscem docelowym przejeżdżamy przez blisko 4-kilometrowy tunel na autostradzie. Niesamowite wrażenie robi długa prosta trzypasmowa droga, której koniec ginie gdzieś w oddali. Cały czas jedziemy autostradą wzdłuż Morza Czarnego. Jest już noc, nie możemy obserwować wody, ale liczymy na jutrzejsze ciekawe widoki. Niedługo dojedziemy do najbardziej oddalonego od Polski punktu naszej wyprawy. I zaczniemy powolny powrót, na razie jeszcze wzdłuż wschodniej granicy Turcji, blisko Armenii, Iranu oraz Iraku. Już nie możemy się doczekać. Na liczniku od początku wyprawy 3700 kilometrów. Samochody odpoczywają przed hotelem, to dobrze zapracowany odpoczynek. I tak kończy się nasz dzień pełen wrażeń.

 

jankiel
stara_kuznia