Wielka wyprawa z Peugeot 5008 do Turcji - odcinek 5

Nadrzędna kategoria: Nasz typ na urlop

14 czerwca, witamy w Batumi

 

Poniedziałek zaczęliśmy w miejscowości Trabzon. Najpierw poranna transmisja do Trójki a potem ruszamy w drogę. Dzisiaj mamy bardzo ambitny plan - chcemy wjechać do Gruzji i odwiedzić Batumi, słynne z piosenki Filipinek. Herbaciane pola Batumi, otaczające miejscowość góry i gościnni Gruzini zachwyciły nas i spowodowały, że zamiast trzech godzin spędziliśmy tam cały dzień. Najpierw godzinę na granicy, próbując zrozumieć procedury odprawy a później dłuższy czas chodząc po urokliwych uliczkach starego miasta i na kamienistej plaży. Gruzję opuściliśmy dopiero późnym wieczorem, długo jadąc przez góry do miejscowości Kars.

 

Śniadanie w Trabzon było dość skromne - w menu hotelowej restauracji zaproponowano nam bardzo dobry chleb, miód, dżem, ogórki i pomidory a do picia kawę, herbatę lub wodę. Zjedliśmy wszystko ze smakiem, w oczekiwaniu na kolejne przygody. Doczekaliśmy się ich chyba w nadmiarze. Najpierw nasze Peugeoty 5008 pojechały na stację benzynową BP. Tutaj mieliśmy przygód z Routexem ciąg dalszy. Obsługa stacji nie mówiła oczywiście w żadnym znanym nam języku. Mimo to nie przestraszyła się karty Routex i na początku wszystko wyglądało bardzo optymistycznie. Do momentu, w którym okazało się, że terminal nie potrafi z kartą się porozumieć. Pani na migi próbowała nam wytłumaczyć co ma na myśli. Później poddała się i włączyła stronę internetową z elektronicznym tłumaczem. To niewiele dało, bo tłumacz miał ograniczony zasób słów, zadzwoniliśmy po pomoc do zaprzyjaźnionego Turka. Ten po dłuższej, dość głośnej wymianie zdań z obsługą, powiedział nam, że terminal nie akceptuje kart i pani zgłosiła problem na linię serwisową BP, gdzie mają jej pomóc. W związku z tym zakupiliśmy wodę i orzeszki, i wygodnie rozsiedliśmy się na stacji. Pani wykonywała telefony a czas mijał. Zdecydowaliśmy  zatem zafundować naszym autom myjnię ręczną. Po godzinie czekania i coraz bardziej przerażonej minie pani stwierdziliśmy, że kupimy paliwo za gotówkę. Sporo opóźnieni ruszyliśmy w stronę Gruzji. Tam czekała już na nas druga przygoda.

 

Do samej granicy zaprowadziła nas piękna i równa autostrada. Minęliśmy kilkanaście tuneli. Samochody połykały kilometry bardzo sprawnie, chociaż dzisiaj, po spotkaniu z lokalną policją i pouczeniu, by szybko nie jeździć, zachowywaliśmy prędkość, którą roboczo nazwaliśmy eko-podróżną. Eko, ponieważ spalanie spadło nam do 5,5 litra na 100 kilometrów w obu samochodach, podróżną, bo 110 km/h dawało nadzieję na szybkie pokonywanie drogi. W dobrych nastrojach dojechaliśmy do granicy. A tutaj czekał na nas wschodni chaos TIRów pomieszanych z niezliczonymi busikami oraz naganiaczami, którzy bardzo chcą paszport i potem jakieś dodatkowe pieniądze. Sposób na przekroczenie granicy jest bardzo prosty - otóż należy mieć dużo cierpliwości, paszport, dokumenty samochodu, zieloną kartę i... upoważnienie do korzystania z samochodu, o ile nie jest to Wasz samochód. Oczywiście po gruzińsku. My niestety upoważnienia nie mieliśmy, przynajmniej po gruzińsku. Ale wystarczyło takie upoważnienie po... turecku. Sympatyczna celniczka w końcu puściła oba samochody. Wzbudzamy prawdziwą ciekawość i sympatię. Niektórzy pogranicznicy znają także język polski, mówią nam dzień dobry. Co ciekawe, Gruzini mają kamery internetowe, którymi fotografują każdego przekraczającego granicę. No i następna rzecz, pasażerowie samochodów (i autobusów) muszą przekraczać granicę pieszo, w innym miejscu niż auta. W każdym bądź razie granicę udało nam się przejechać i brzegiem Morza Czarnego pojechaliśmy do Batumi.

 

Za samą granicą panuje wielki chaos. To miejsce jest jednocześnie wielkim dworcem autobusowym, punktem przesiadkowym, bazarem, targowiskiem oraz parkiem smaku, czyli zbiorem dziesiątek knajpek. Jest nawet WC, oczywiście w stylu wschodnim, na tzw. narciarza. Handluje się tu wszystkim. Obserwujemy jak dziesiątki mrówek przechodzą przez granicę, z torbami wyładowanymi towarem, sprzedają, kupują, dyskutują, piją wszechobecną herbatę... To miejsce żyje, funkcjonuje jak wielki handlowy organizm, łączący oba kraje. Gruzja jest od północy praktycznie zamknięta, dlatego Hopa i Batumi to ważne bramy krwioobiegu gospodarki. Bogata Turcja jest ważnym partnerem dla Gruzji. Głośno komentujemy.

 

Z uwagi na znacznie wolniejszą podróż i zatłoczoną drogę - spalanie w Peugeotach nie przekracza 6 litrów na 100 kilometrów. Umyte samochody pięknie prezentują się na tle lazurowego morza, dlatego od czasu do czasu stajemy na sesję zdjęciową. Do Batumi mamy zaledwie 15 kilometrów i podziwiamy jak bardzo zmienił się krajobraz. Wysokie drzewa, krowy swobodnie wędrujące po ulicach i poboczach, inny typ ludzi, to wszystko jest bardzo różne od tego, do czego zdążyliśmy przyzwyczaić się w Turcji. Dla większości z nas to pierwsza wizyta w tym kraju, dlatego rozglądamy się uważnie i notujemy spostrzeżenia. Jest to bardzo piękny kraj, który dźwiga się powoli z chaosu i biedy. Stare zniszczone domy kontrastują z nowoczesnymi budynkami, tradycja przeplata się z nowoczesnością. Ale Gruzja ma swój urok i jest krajem bardzo przyjaznym dla Polaków, a gościnności tej doświadczyliśmy już na granicy.

 

Bardzo nas kusi morze, bo od czasu wyjazdu z Polski nie mieliśmy jeszcze okazji na dłużej się nad nim zatrzymać. Dlatego pierwsze kroki kierujemy w stronę nadmorskiego bulwaru. Plaża okazuje się być kamienna. Wygrzewamy się nieco przy wodzie, chłonąc promienie słońca, a w tym czasie Ernest zdobywa informacje dotyczące Batumi. Pyta też o restaurację z dobrymi lokalnymi potrawami i wkróce potem nasze samochody jadą mini-kawalkadą do centrum, na ulicę Puszkina. Wchodzimy do środka lokalu, gdzie wita nas właścicielka i od razu prowadzi do wydzielonej, klimatyzowanej sali dla gości specjalnych. Zajmujemy miejsce przy ogromnym stole. Wypytujemy po rosyjsku o menu, zamawiamy kilka różnych dań i dodatków oraz napoje. Po kilkunastu minutach otrzymujemy niespodziankę - gliniany zestaw pamiątkowy. Pochłaniamy dania i jeszcze długo rozmawiamy. Później idziemy zwiedzać. Najpierw lokalny bazar i sklepy, gdzie szukamy dobrych gruzińskich win, kupujemy też owoce. Bazarek szokuje nas - jest pełny kwiatów. Co chwilę ktoś wychodzi z naręczem róż. Jak te kwiaty wytrzymują w takim upale, nie wiemy. Świetny jest rzeźnik - ot pan we wnętrzu sklepu, przypominającym może bardziej wnękę, tasakiem rozkraja mięso. Później obowiązkowa sesja zdjęciowa 5008, który postawiony niedaleko bazarku budzi sporą sensację. Ludzie zaczepiają nas, pytają skąd jesteśmy, opowiadają historie związane z Polską. Poplątane są losy tych naszych narodów. My czujemy się tutaj świetnie.

 

Wracamy na plażę. Dzisiaj w Batumi był chyba prezydent Gruzji, ponieważ koło hotelu Sheraton jest mnóstwo tajnych służb i policji. Musimy zaparkować nieco dalej. Gdy idziemy, mija nas kolumna samochodów. Policjanci pilnują dostępu do trasy przejazdu. Nas to akurat nie interesuje, chcemy spędzić trochę czas nad wodą. Niektórzy z nas decydują się na kąpiel w ciepłej wodzie Morza Czarnego. Nie chce się wychodzić, gdyby tylko było więcej czasu. Marzy nam się kilkudniowy pobyt w takim ośrodku. Zastanawiamy się nad tym, czy Polacy chcieliby przyjechać w takie miejsce. Gdyby z Polski był dobry transport to kto wie. Egzotyka Gruzji w połączeniu z najlepszymi cechami kurortu to przecież dobre połączenie. Szczególnie, że oprócz ciepłego morza są tutaj wspaniałe góry, o których tak kwieciście opowiadał Grigorij Saakaszwili w Czterech Pancernych i Psie. My gór Saakaszwilego nie zobaczymy, bo nie mamy na to czasu, ale to co widzimy na horyzoncie upewnia nas, że kierowca-mechanik czołgu Rudy 102 miał rację. Warto się do Gruzji wybrać.

 

Musimy już jechać. Kilometry do granicy szybko mijają. Odprawa, kolejne pieczątki, strefa wolnocłowa i już jedziemy dalej. Kierujemy się na Kars, prosto w góry. Przed nami 300 kilometrów wąskiej drogi przez góry. Po drodze tracimy mnóstwo fantastycznych widoków, z uwagi na noc nie widzimy kompletnie nic, poza fantastycznie oświetlonymi elektrowniami wodnymi. Te gigantyczne budowle to element planu gospodarczego dla wschodniej Turcji. Mają zapewnić rozwój gospodarczy regionu oraz tanią energię dla kraju. Pomysł wydaje się być trafiony w dziesiątkę. Przy okazji architekci projektujący elektrownie nie zapomnieli o wrażeniach wizualnych. My oglądamy zza szyb samochodu tylko dwie takie imponujące budowle i robią one na nas niesamowite wrażenie. Tymczasem droga się znacznie pogarsza, momentami jedziemy po ścieżce bez asfaltu, z potężnymi dziurami. Bardziej przypomina to off-road niż normalny szlak komunikacyjny. Podziwiamy ciężarówki zapakowane drewnem, które mimo późnej pory tutaj jadą. Droga biegnie w najwyższym punkcie na wysokości 2500 metrów. Dokumentujemy ten fakt zdjęciem.

 

200 kilometrów w górach jedziemy prawie 4 godziny. Czujemy zmęczenie drogą, która składa się wyłącznie z zakrętów. Dlatego w miejscowości  Ardahan, około 70 kilometrów od Karsu, zjeżdżamy do hotelu Kura. Polecamy to miejsce, niedrogie i schludne. No i jest internet bezprzewodowy, dla nas to prawdziwe zbawienie, w sytuacji, gdy każdy musi wysłać sporo materiałów do Polski. Jutro rano znowu ruszamy w drogę. Najpierw audycja Ernesta a później zwiedzamy Kars, Idris, odwiedzimy okolice Araratu i powinniśmy dojechać w końcu do Van. Taki jest plan. Czy się uda? Czytajcie jutro późnym wieczorem.